wtorek, 13 lutego 2018

"Hush" czyli opowieść dreszczem podszyta...

Źródło: google/grafika
Film "Hush" z 2016 roku obejrzałem z ukochaną na Netflixie. Historia w zarysie jest banalna: samotna pisarka, sama w domu zostaje osaczona przez zamaskowanego psychopatę, który lubi się pobawić ze swoją ofiarą, zanim ją zabije. Sztampowe, ale tym razem jest jeden szczegół, który zmienia w zasadzie cały film: nasza pisarka jest głuchoniema. I ma większe "jaja" niż niejeden facet.

Fakt, że ofiara nie słyszy swojego prześladowcy jest pokazany w bardzo dobry sposób, chociaż momentami jest on trudny w odbiorze. Mianowicie w filmie często pojawiają się po prostu momenty absolutnej ciszy. I to takiej, która jest niepokojąca, ponieważ człowiek, nawet jeżeli dookoła niego panuje spokój, nic nie gra ani nikt nie mówi, to nadal jednak coś słyszy: odgłosy za oknem, tykanie zegara, skrzypienie starych desek, cokolwiek. Tymczasem tutaj chwilami słyszymy dokładnie to, co bohaterka, czyli absolutnie nic. Jest to cisza która niepokoi, zwłaszcza kiedy mamy świadomość, że w domu wraz z bohaterką jest zamaskowany psychopata. Czujemy jej bezradność, po czym przekonujemy się, że wcale taka bezradna nie jest. Podejmuje walkę z prześladowcą i całkiem dobrze kombinuje. To co może się zdecydowanie podobać to to, że zły charakter nie jest tutaj przesadzony. Jeżeli widzimy, że zmierza on na drugą stronę domu, to nie pojawia się nagle znikąd przed nami. Wszystkie ruchy bohaterów są fizycznie możliwe i realne, co odbieram zdecydowanie na plus. Nasza bohaterka również nie okazuje się superwoman, jest nadal szczupłą kobietą, dla której naciągnięcie kuszy stanowi ogromny problem.

Po seansie po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie kasa czyni film dobrym. W tej produkcji pojawia się pięć! osób. To mniej niż ilość samych gwiazd światowego formatu w ostatnich filmach, "Morderstwie z Orient Expressu", dajmy na to. A tymczasem jest on ciekawszy i lepiej zrealizowany niż czołowe produkcje Hollywood. "Hush" dostaje ode mnie 7/10, zdecydowanie polecam osobom oczekującym napięcia od filmów grozy/thrillerów. Cześć!

wtorek, 6 lutego 2018

Premiery kinowe na luty 2018

Styczeń szybko się skończył, minęło już kilka dni lutego, czas zatem przyjrzeć się kinowym premierom, które będą miały miejsce w tym miesiącu:

1.Nowe Oblicze Greya - 9 luty


Tak, wiem, filmy zdecydowanie nie trzymają poziomu książek. Ale skoro widziałem dwie pierwsze części to postawię "kropkę nad i". Do kina się nie wybieram (na szczęście ukochana też nie reflektuje), ale w domu pewnie obejrzę.

Przewidywania: 6/10

poniedziałek, 29 stycznia 2018

"Dynastia Tudorów" - lekcja historii z Henrykiem VIII

Źródło: google/grafika

Serial już niemłody, bo produkowany w latach 2007-2010, opowiada o okresie panowania angielskiego króla Henryka VIII, który znany jest ze swoich reform kościoła oraz... sześciu żon. Oczywiście nie sześciu naraz, tylko jedna po drugiej. Ale żeby pojąć za żonę kolejną, musiał się jakoś pozbyć poprzedniej. Jedne miały szczęście i doszło do rozwodu. Inne... zostały trochę skrócone. Mniej więcej o wysokość głowy.

Henryk VIII był człowiekiem nieobliczalnym i bardzo podatnym na wpływy, ale przy tym był także przebiegły i sprytny, potrafił zyskać posłuch i oddanie swoich poddanych. W czterech sezonach poznajemy jego historię od wczesnych lat panowania aż do śmierci. Mamy okazję obserwować intrygi na dworze królewskim, politykę i reformacje, walkę kościoła z Luteranizmem i Protestantyzmem oraz pokręcone relacje pomiędzy Anglią a Francją i cesarstwem Rzymskim. A w samym centrum tego zamieszania jest król, poszukujący odpowiedniej dla siebie żony. A odpowiednia żona to w tamtych czasach taka, która będzie w stanie dać królowi syna, męskiego następcę tronu...

Serial jest dla mnie pewną zagadką. Tak naprawdę pośród dziesiątek, może nawet setek postaci jakie poznajemy każda ma coś za uszami. Są osoby które z początku lubimy, a później nienawidzimy. W całym serialu były tylko dwie osoby które bym od początku do końca lubił, czyli trzecia i czwarta żona Henryka. Pech chciał, że one były królowymi najkrócej, może zatem po prostu nie zdążyły mnie do siebie zrazić? Mimo to, nieraz żałowaliśmy z ukochaną odejścia danej postaci, mimo że chwilę wcześniej chcieliśmy, żeby zniknęła. Ewenement, można by rzec... Są jednak dwie rzeczy, dwa elementy składowe które szczerze zachwycają. Są to wiernie oddane stroje i zachowania z czasów XVI/XVII wieku oraz gra aktorska, która stoi na bardzo wysokim poziomie. Jonathan Rhys Meyers jako Henryk VIII spisuje się znakomicie, równie dobrze zagrały swoje role wszystkie jego żony, Henry Cavill jako Charles Brandon, który był bliskim przyjacielem króla oraz James Frain jako Thomas Cromwell, doradca króla. Wielu aktorów występujących tutaj możecie znać z innych seriali.

Nie jestem fanem wszelkiego rodzaju biografii i filmów historycznych, jednak ten serial polecam każdemu, dając mu ocenę 7/10. Cześć!


piątek, 19 stycznia 2018

1922

Źródło: google/grafika
"1922" to dreszczowiec od Netflixa który dowodzi, że nie budżet jest w filmie najważniejszy. Zrealizowany bez rozmachu, bez efektów specjalnych, z powolną akcją... ale trzymający w napięciu, sensowny i prawdziwy. Mimo że nie porywa, byliśmy z ukochaną zadowoleni z seansu.

Wilfred James, rolnik z krwi i kości zaszywa się w pokoju hotelowym i rozpoczyna swoją spowiedź. Okazuje się, że aby zatrzymać swoją ziemię, zabił własną żonę, która chciała ją sprzedać... W zbrodni pomaga mu syn. Film jest ekranizacją książki Stephena Kinga.

W filmie podobało mi się realistyczność scen. Nie mamy tutaj geniusza zbrodni tylko prostego człowieka, który popełnił zbrodnię i nie może sobie z nią specjalnie poradzić. Sploty wydarzeń sprawiają, że cały jego świat zaczyna się walić. Dobrze pokazane wizje zamordowanej żony, szczury ciągnące do truchła i ogólna groza sytuacji pokazują, że nie trzeba nagłych screamerów, żeby przestraszyć widza. Film bardzo dobrze oddaje także tytułowy rok 1922, ówczesne zwyczaje, siłę waluty i, niestety, ogólną ciemnotę. Film spokojnie oceniam na 7/10, gdyż nie jest to pozycja powalająca, ale solidna. Fani horrorów/thrillerów będą zadowoleni.


środa, 17 stycznia 2018

Śmierć Dolores O'Riordan, wokalistki The Cranberries

Źródło: google/grafika
Dwa dni temu, w wieku zaledwie 46 lat odeszła Dolores O'Riordan, wokalistka irlandzkiego zespołu rockowego The Cranberries. Przyczyny śmierci nie są na razie potwierdzone.

Dlaczego o tym wspominam? Przecież ostatnio odeszło wielu wybitnych muzyków... Uważam że wielkość danego artysty to dla każdego indywidualna sprawa, zależy to od tego, jaki wpływ na każdego z nas wywarła jego twórczość. Moja rodzina do dzisiaj wspomina jak będąc dzieckiem reagowałem na chyba najsłynniejszy utwór The Cranberries: "Zombie". Nieważne co akurat wtedy robiłem, kiedy tylko rozbrzmiała ona w głośnikach telewizora (tak, to były czasy, kiedy na stacjach muzycznych typu Viva czy MTV leciała jeszcze muzyka...) przełączałem się całym sobą na odbiór. Można było do mnie mówić, wołać, nic. Dopiero po zakończeniu utworu zaczynałem odbierać inne bodźce z zewnątrz. Do dzisiaj, chociaż od tamtych lat minęły ponad dwie dekady, utwór ten jest jednym z moich ulubionych. W zasadzie można powiedzieć że "Zombie" towarzyszy mi przez całe moje życie. Dlatego to właśnie Dolores, a nie na przykład George Michaels, pojawiła się na moim blogu. No cóż, życie się toczy dalej, chociaż z mojego maleńki kawałek odszedł. Żegnaj, przyjaciółko z dzieciństwa...